Upał! Ratuuuuunku

Dodano 13 lipca 2014, w Bez kategorii, przez evelajnani1986

Nienawidzę takich upałów. Pogoda powariowała. Zauważyliście, że z roku na rok jest coraz goręcej? Niedługo chyba utworzy się tu pustynia albo wyrosną lasy tropikalne… No i nie pamiętam już kiedy mieliśmy taką prawdziwą wiosnę. To moja ukochana pora roku, ale chyba już na dobre wyszła z kalendarza :( Teraz mamy długie zimy, a po nich od razu lato. Te kilka dni w marcu, naprawdę pięknych, narobiły mi nadziei. Potem deszcze, zimno i śnieg na Wielkanoc. Paranoja. A po wszystkim zamiast wiosny od razu lato, temperatury po 30 w cieniu. Wynoszę się stąd chyba.

Pamiętajcie jak ważne jest teraz picie dużo wody. Naprawdę dużo! Wiem że nie lubicie się pocić, kto lubi! A jak się wleje w siebie tyle wody to dopiero się z człowieka leje. Ale nie ma wyjścia, te upały są zabójcze. Starsi ludzie w ogóle nie powinni wychodzić w takie pogody z domu. Ostatnio moja mama chciała się wybrać na zakupy o 14, wiecie, oblecieć parę marketów w pogoni za promocjami.. Powiedizałam jej żeby sobie to wybiła z głowy i sama zrobiłam za nią te zakupy, oczywiście samochodem a nie na pieszo.

Z potem wypacamy ważne pierwiastki, więc najlepiej pić wodę mineralną (niegazowaną) i naturalne wody źródlane. O te drugie trudno, jeśli nie macie w mieście studni głębinowej np, ale mineralne w każdym sklepie spożywczym bez trudu dostaniemy. Najlkepsze są wody wysokomineralizowane. Mają sód, chlorek, wapń, magnez. Ale nie każdy powinien takie pić. Jeśli macie nadciśnienie tętnicze to koniecznie sprawdźcie, żeby woda miała małą zawartość sodu!

Dobra, a teraz idę się położyć, bo nie wytrzymam. Wiatrak chodzi non stop.

 

Stewia alternatywą dla cukru

Dodano 1 sierpnia 2013, w Bez kategorii, przez evelajnani1986

Dzisiaj na zajęciach miałam ciekawy temat, dotyczył on naturalnego słodzika, jakim jest stewia. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam, dlatego zdziwiłam się, że skoro jest zdrowy, to nie zastępuje on zwykłego cukru. Potem dowiedziałam się od wykładającego, że na rynek weszła dopiero w 2011 roku i że nie chcą jej jakoś szczególnie promować, bo jest wielką konkurencją dla cukru buraczanego. Stewia nie zawiera kalorii i jest bezpieczna dla naszego organizmu. Jest o wiele wydajniejsza, bo ponad 30 razy słodsza od cukru. Najczęściej występuje w postaci tabletek, niekiedy jednak możemy zobaczyć jej ususzone listki. Jak kto woli. Myślę, że powinniśmy o tym mówić, aby więcej osób przekonało się do jej używania.

Cukier jest wszędzie, powoduje mnóstwo chorób – takich jak cholesterol, nadwaga, wysokie ciśnienie. Dziennie powinniśmy jeść maksymalnie 12 łyżeczek. A przekraczamy dzienną dawkę aż 10krotnie! To dla nas trucizna uzależniająca. Powinniśmy patrzeć na skład róznych produktów. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że w szklance coli znajduje się już 18 łyżeczek, a w jogurcie 12.. Powinniśmy zrezygnować ze słodkich napojów gazowanych, zastępując zwykłą woda mineralną. Interesujmy się swoim własnym zdrowiem. Te zajęcia bardzo dużo mnie nauczyły i od tego czasu wiem co jem. Stewię od razu zakupiłam, jestem z niej zadowolona, bo nie muszę się ograniczać a jej smak jest niemalże taki sam jak cukier buraczany.

Nie mam do niej żadnych zarzutów. Ciekawe czy doczekam się dnia, w którym stewia zbije z rynku niezdrowy cukier. Szczerze w to wątpie, więc lepiej sami się zainteresujmy. Nasza sylwetka będzie lepiej się prezentowała, a nasz stan zdrowia o wiele się poprawi. Mam nadzieję, że sami spróbujecie i przekonacie się, że nie warto niszczyć sobie życia tą słodką trucizną.

Więcej informacji tutaj: źródło 1 i źródło 2

 

W kuchni na parapecie

Dodano 16 marca 2013, w Bez kategorii, przez evelajnani1986

Oglądałam ostatnio program w telewizji dotyczący przewagi świeżych ziół prosto z doniczki nad tymi kupowanymi przez nas w torebkach. To, że przyprawy różnią się aromatem, jego intensywnością w zależności od producenta odkryłam już dawno. Dlatego też rezygnowałam z zakupu najtańszych przypraw, ponieważ są one moim zdaniem odczuwalnie gorsze od ich droższych odpowiedników. Ale nie przyszło mi wcześniej do głowy, aby wyhodować własne zioła we własnej kuchni, na własnym parapecie. Faktycznie jak w restauracji dorzucą do potrawy listek świeżej bazylii czy oregano to ma on nieporównywalnie silniejszy zapach i aromat niż przyprawa z torebki, choćby ta od najdroższego producenta. Dlaczego nie miałabym tego wykorzystać również w domu?

Z natury jestem osobą niecierpliwą więc pomysł zakupu nasion został odrzucony na rzecz zakupu wyrośniętych już trochę roślin. Chciałam widzieć od razu efekt. Pewnie te wyrośnięte prosto z nasion byłyby jeszcze bardziej naturalne i zdrowe, jednak chęć szybkiej zmiany zwyciężyła. Może wrócę jeszcze kiedyś do pomysłu z nasionami. Obecnie cieszę się pięknym, zielonym i aromatycznym parapetem w kuchni. Ale co ważniejsze przynajmniej wiem, co dodaję do potrawy. Bo kto tak naprawdę wie, co znajduję się wśród zasuszonych i otartych liści oregano czy bazylii zakupionych w torebce w pobliskim markecie? Na pewno są kontrole jakości, ale myślę, że tak do końca nie możemy tu być niczego pewni.

Myślę jeszcze o zakupie tymianku, mój mąż bardzo lubi jego aromat. Możecie mi wierzyć, bądź nie, ale takie świeże zioła dodają potrawie dużo więcej smaku niż ich suszone odpowiedniki. Naprawdę cieszę się, że trafiłam na ten program w telewizji, zainspirował mnie on to tej drobnej zmiany, która dała mi tyle radości.

Otagowane:  

Metoda małych kroczków

Dodano 16 marca 2013, w Bez kategorii, przez evelajnani1986

Stwierdziłam, że ostatnio brakuje mi ruchu. Do pracy jadę samochodem, więc jedyny wysiłek to zejść do garażu. W pracy praktycznie przez 8 godzin siedzę przed komputerem i papierami. No dobra, kilka razy dziennie jak czegoś nie da się załatwić telefonicznie muszę zejść 2 piętra niżej. Ale czy to można nazwać ruchem? W zasadzie to muszę się przyznać, że nawet w tym przypadku zdarza mi się korzystać z windy. Do domu znów samochodem. Raz lub dwa razy w tygodniu w drodze powrotnej jadę na zakupy. A w domu dalej siedzę. Dla odmiany przed telewizorem.

Wstyd mi przed samą sobą. Kiedyś byłam bardzo aktywną fizycznie osobą. Regularnie chodziłam na fitness i pilates. Robiłam sobie wycieczki rowerowe z moim ówczesnym chłopakiem ,a teraz mężem, biegałam z przyjaciółką Do tego nie miałam prawa jazdy, więc chodziłam wszędzie piechotą. Nawet gdy trzeba było iść 30 minut w jedna stronę. Do komunikacji miejskiej wsiadałam już naprawdę w ekstremalnych dla mnie sytuacjach. Mam wrażenie, że byłam wtedy zupełnie inną osobą. O ironio, jakieś 3 tygodnie temu mój samochód wylądował u mechanika na kilka dni. Pomimo tego, że do pracy mam jakieś 20 minut piechotką ja wsiadałam w autobus. Ale co dziwnego w tym, że wybrałam autobus, skoro po wejściu po schodach na pierwsze piętro mam zadyszkę, a jak podbiegłam jakieś 100 metrów do autobusu to myślałam, że wyzionę ducha? Ja po prostu przyzwyczaiłam się do tego wygodnictwa. A każdy drobny wysiłek fizyczny jest dla mojego organizmu niewyobrażalną katorgą.

Nadszedł czas zmian. Długo zastanawiałam się jaką formę aktywności wybrać. Wiem, że muszę zacząć stopniowo, powoli. Nie chcę przecież zrobić sobie krzywdy, a jedynie poprawić swoją kondycję. Tak bym mogła swobodnie dobiec do autobusu i wejść kilka pięter schodami. Nie mam wyszukanych planów i ambicji, nie muszę przecież od razu przebiec maratonu.

Co wybrałam? Od jutra chodzę do pracy piechotą. To na początek…. Zobaczymy co dalej.